niedziela, listopada 21, 2010

#12 - Przegląd tygodnia 15-21.11.2010.

Wracam do formy czytelniczej, ale bardzo powoli. Jest trzy razy lepiej niż tydzień temu, ale nadal to nie jest tyle przeczytanych komiksów, ile bywało i ile powinno być. Nadal winą obarczam PS3 (liczba gier niepokojąco rośnie).

Tydzień zacząłem od Roberta Crumba i „Księgi Genesis”.

Pierwsze pytanie: czy to ma być utwór obrazoburczy? No błagam!
To jest po prostu dość wiernie oddana pierwsza Księga Starego Testamentu, w naprawdę pięknym przekładzie Izaaka Cylkowa. Crumb nie przekonał mnie do siebie Panem Naturalnym, nie padałem też na kolana przed Kotem Fritzem, ale tym razem jest to majstersztyk. Na pewno warto się zapoznać i mieć w swoich zbiorach.
Jedna uwaga do wydawnictwa: to szare coś na okładce odpada.

Drugi w kolejce jest zeszyt pod wdzięcznym tytułem
"Czarna Materia Prezentuje: Konstrukt #1"

(Okładka nieaktualna - finalna nie ma napisu +8 stron Akta Jerycho, a logo CMP:K nie jest na czarnej planszy).
Nie należałem ani do grupy hejterów ani hajperów tego przedsięwzięcia, więc spokojnie i z czystym sumieniem mogę recenzować dzieło. Dłuższy tekst na dniach, więc dzisiaj tylko tyle.

Zakończyłem tydzień lekturą jedenastego już tomu "Żywych Trupów".

„Lękaj się łowców” to jeden z najlepszych tomów w serii. Dzieje się dużo, choć zombiaków jakoś tym razem malutko. Ktoś zostaje zamordowany, pojawiają się nowe osoby. Szczerze powiem, że ŻT to jak dla mnie najlepsza aktualnie wydawana seria w Polsce. Dużo lepsza chociażby od nierównych „Baśni” czy wtórnego „Lucyfera”. Jedenaście tomów, a ciągle czyta się z zapartym tchem. Kirkman doskonale oddaje relacje między bohaterami i cały czas potrafi wyciągnąć maksimum treści z historii, która teoretycznie mogłaby się skończyć po 4-5 tomach. A tak chce się więcej i więcej. Tylko „Żywe Trupy” są w stanie odciągnąć mnie na dłużej od PS3.
I pomyśleć, że jak seria wchodziła do Polski to miałem ją sobie odpuścić, bo co tam takie bzdury o zombiakach czytać… Dobrze się stało, że zaryzykowałem i kupiłem pierwszy tom. Na kolejne czekam jak na Gwiazdkę.

wtorek, listopada 16, 2010

poniedziałek, listopada 15, 2010

#10 Wersja 3.0

Dzisiaj kończę 30 lat.
Jeśli czegoś mogę sobie życzyć, to żeby czas biegł trochę wolniej.
Mój Dziadek wczoraj skończył 80 lat. Piękny wiek. Dużo zdrowia!

Równo dwa lata temu zmarł Janusz Christa.
Siłą rzeczy zawsze będę pamiętał o tej dacie.


A wiecie, jaki był pierwszy komiks, jaki (świadomie) przeczytałem?
Ten:

niedziela, listopada 14, 2010

#9 - Przegląd tygodnia 08-14.11.2010.

To chyba rekord. Nie pamiętam takiego tygodnia. Tylko 1 komiks przeczytany?
Ale mam dobre usprawiedliwienie:



Taki piękny prezent urodzinowy dostałem od mojej Najwspanialszej Żony!
Co prawda upgrade do wersji 3.0 mam dopiero jutro, ale prezent dostałem wcześniej, żebym mógł się przez weekend nacieszyć. Dziękuję Ci Kochanie!

A przeczytany komiks? Był to „Podniebny orzeł”.

Nie znam się na mangach. Prawdę mówiąc to jestem ignorantem w tym temacie. Ale potrafię docenić dobry komiks, gdy go widzę. Akurat ten nie jest najlepszym przykładem twórczości Taniguchiego, ale ma kilka bardzo fajnych patentów, które sprawiają, że jest godny uwagi.
Samuraje na Dzikim Zachodzie. Indianie ich akceptują i razem kroczą wojenną ścieżką przeciw ekspansji białych. Fajne, ale bez głębszych treści, bez pogłębienia charakterystyk głównych bohaterów (nie mówiąc nic o tych drugoplanowych). Troszkę za dużo „gadających głów” a ciut za mało scen walki (ogólnie naprawdę niezłe, zwłaszcza gdy nasi bohaterowie łapią za miecze samurajskie). Kilka literówek (chyba dwa razy data zamiast 1872 to 1972), ale to takie moje czepianie się.

W sumie dość przyjemna lektura, ale bez większych wzruszeń. A jeśli chodzi o rysunki, no to, jakby to powiedzieć? No manga to jest.


PS3 – już wracam! Arkham Asylum czeka…


niedziela, listopada 07, 2010

#8 - Przegląd tygodnia 01-07.11.2010.

W tym tygodniu zacząłem pisać kilka recenzji i żadnej nie skończyłem.
Może przyszły tydzień będzie lepszy.
Ale coś tam przynajmniej przeczytałem, a było to:

1. Showcase Presents: Booster Gold TPB

Poszedłem za ciosem i zaraz po omnibusie Superman/Doomsday łyknąłem ponad 600 stron kolejnej ramotki. Znowu Dan Jurgens i znowu bez bólu. Booster nigdy nie był w pierwszej lidze bohaterów DC i w drugiej właściwie też nie, ale to ciekawa postać i chyba trochę niewykorzystana. Superbohater – celebryta. Przybysz z przyszłości, który chyba również jako bohater komiksowy trochę wyprzedził swój czas i może dlatego nie spotkał się z dostatecznym uznaniem. Trejd zawiera 25 zeszytów pierwszej serii z lat 1986-88, czyli całość. Poznajemy początki Boostera jako nowego bohatera Metropolis, jego starania o zaistnienie w świadomości mieszkańców miasta i przede wszystkim – mediów. Bo Booster nie tylko walczy z łotrami, ale przede wszystkim dba o własny image i kontrakty reklamowe.
Nie wszystko mu na początku wychodzi, ale w decydujących momentach daje radę i pokazuje swoje prawdziwe oblicze – jednak sława nie jest tak ważna, jak dobro innych. Czyli kolejny harcerzyk. Nie ma co pisać o rysunkach, bo to wszyscy znamy. Klasyczny Jurgens. Mnie się podoba.
Lektura dość przyjemna i warta tych trzydziestu kilku złotych za jakie można ten komiks kupić.
Gdyby tylko tak nie brudził łap tuszem…

2. Zakazany owoc i Bracia Kowalscy w jednym HC

Jubileuszowe wydanie z okazji 10-lecia kultury gniewu. Czy już składałem życzenia? A, składałem.
Kawał historii polskiego komiksu.
Nie dla wszystkich jednak. Odbiorca nie obeznany z komiksem undergroundowym, punkowym, może nie zaakceptować konwencji, a żarty uznać za nieśmieszne. Mnie śmieszą. Nieustannie od ładnych kilku lat. Choć muszę przyznać, że kolejna lektura po latach nie kopie już tak mocno jak kiedyś. No i nie byłem w stanie przeczytać wszystkiego na raz, musiałem robić przerwy.
Może dlatego, że znałem ten materiał, a może dlatego, że siłą tych komiksów są właśnie krótkie, szybko puentowane historyjki, które jednak w większej dawce rodzą przesyt. Co innego dostać zeszycik raz na rok, a co innego czytać całość „jak leci”.
Ciekawe czy 20 lat temu Pała sądził, że jego komiksy wyjdą jako wydanie kolekcjonerskie, rocznicowe, w HC?
Warto mieć na półce ku pamięci.
Niech stoi obok jubileuszowego Tytusa! Hłe, hłe.

3. Siedem + dwa HC
Znacie to ludziska? Nie?
Scenariusz: Andrzej Bajguz
Rysunki: Paulina Drobnikowska
Znacie?
No ja też nie.
Ale na szczęście Autorzy nam się przedstawili. Są fanami Thorgala. OK., dobrze wiedzieć.
Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego w Białymstoku i Prezydent Miasta Białegostoku sypnęli kasą, więc powstał komiks.
O Białymstoku oczywiście. Mieście, gdzie wieżowce mają po sto pięter.
W mieście tym w dziwnych okolicznościach giną naukowcy z tamtejszego uniwersytetu. Na początku jest nudno jak cholera. Scenarzysta miota się w opowieści, skacze między wątkami i nagle je urywa. Zero płynności opowieści. Potem następuje moment, w którym pomyślałem, że historię da się uratować – zabójstwa są ze sobą powiązane dziwnym szyfrem. Moment ten nie trwa długo, bo jakieś dwie strony. Akcja się rozwiązuje błyskawicznie i w banalnie głupi sposób. Szyfr niby coś znaczył, ale równie dobrze mogło go nie być. Panie scenarzysta – nie wystarczy dać głównemu bohaterowi na imię Gustaw, czy wstawić na półki kilka książek grzbietem do czytelnika, żeby tenże czytelnik zaczął się zachwycać nawiązaniami! Tanie i biedne.
O rysunkach można powiedzieć wiele, ale nie chciałbym zniechęcać pani rysowniczki. Niech ćwiczy. Dużo. Anatomia, perspektywa. Takie tam głupoty. Być fanką Thorgala to za mało, żeby móc rysować komiks. Zresztą jakby pani napisała, że w dzieciństwie fascynował ją komiks „Wirus”, to bym przynajmniej pogratulował udanego przerysowania.
Recenzenci na tylnej okładce pieją z zachwytu. Pani literaturoznawca pisze: „otrzymaliśmy całość oryginalną, zabawną i pomysłową”. Jeśli kogoś śmieszy kolejny raz odgrzewany Kononowicz – to może to i oryginalne i pomysłowe. Pan literaturoznawca podnieca się „wirtuozersko zaprezentowaną zagadką kryminalną”. To straszne. Czy naprawdę do Białegostoku nie docierają choćby poprawnie skrojone kryminały??? Panie literaturoznawca! Braki w lekturze pora nadrobić, bo chyba waćpan nie wiesz co znaczy prawdziwa zagadka kryminalna. I nie mówię tu o „Kodzie da Vinci”. Wreszcie wszystko to podsumował pan socjolog stwierdzając, że „wszystko to buduje pozytywną mitologię miejsca i wpływa na budowanie wspólnoty lokalnej”. Tu się zgodzę. Ukazani w komiksie mieszkańcy Białegostoku byli bardzo zafascynowani mordercą i na każdym kroku mu kibicowali, a psychopata urósł do rangi miejskiego bohatera i cała wspólnota lokalna tylko czekała aż znowu zaatakuje. Gratuluję patologicznej wspólnoty.
Na dokładkę ciemna, zupełnie nieczytelna okładka (nie sugerujcie się tym co powyżej, w rzeczywistości wszystkie odcienie brązu ze sobą się zlewają i nic nie widać), dopełniająca tylko ogólne wrażenie.
Co za badziew.

4. Mouse Guard: Legends of the Guard HC

Bardzo ładne wydanie zbiorcze antologii prac niejako w hołdzie głównej serii.

David Petersen – ojciec Mysiej Straży zebrał dość ciekawą grupę artystów (m.in.: Terry Moore, Gene Ha, Jason Shawn Alexander i kilka nazwisk nieco mniej u nas znanych).

Miłe dla oka opowiastki, bardzo uniwersalne, bo z równą przyjemnością przeczytają je i dzieci i ich rodzice.

Kiedyś będę czytał dziecku na dobranoc.


Muszę przyznać, że minimalnie wolę samodzielne działania Petersena (Mouse Guard: Fall 1152, to dla mnie absolutnie genialny komiks), ale i tym razem miałem jedynie przyjemne odczucia.

Mimo mieszanki artystycznej całość jest bardzo spójna (efekt jaki udało się osiągnąć np. w rodzimych „Scenach z życia murarza”).
Bardzo bym chciał, żeby ta seria zagościła w Polsce.

Komiks tygodnia:
Mouse Guard: Legends of the Guard
Myszy rządzą!

niedziela, października 31, 2010

#7 - Przegląd tygodnia 25-31.10.2010.

Strasznie szybko minął mi ten tydzień!
Tym razem za wiele się nie naczytałem. Tylko trzy pozycje. Ale za to każda z nich z innej komiksowej beczki i każda godna polecenia. Bez szmiry tym razem.

1. Ex Machina vol. 9: Ring Out The Old

Ex Machina to jedna z moich ulubionych serii aktualnie wydawanych, właściwie cały czas trzymająca bardzo wysoki poziom. Wielka szkoda, że zbliża się do końca.

Ring Out The Old to przedostatni TPB (seria zamyka się w 50 zeszytach + 5 zeszytów okolicznościowych), doskonale budujący napięcie przed wielkim finałem.

Ale zanim zaczniemy szczytować, mały przerywnik w postaci autoironicznej historyjki z samymi autorami w roli głównej.

Brian K. Vaughan i Tony Harris starają się o nowe zlecenie – burmistrz Mitch Hundred pragnie udokumentować swoje czyny w formie biograficznego komiksu. W tym celu robi swoisty casting na twórców i myli Vaughana z Bendisem. Zabawne. Później nie jest już tak zabawnie, bo pojawiają się wątpliwości co do okoliczności wyboru naszego bohatera na burmistrza. Czy jedyny superbohater na świecie dopuścił się manipulacji żeby zdobyć urząd? Coś trzeba zrobić, żeby takie wątpliwości nie były publicznie dyskutowane w prasie…
Pojawia się też nowy przeciwnik, który za pomocą zabójczych szczurów chce zrobić kuku Wspaniałej Maszynie i całemu NY. A w międzyczasie Mitch ogłasza, że nie będzie się ubiegał o reelekcję, ale w zamian chce… znacznie podnieść podatki – dla dobra miasta. Mało polityczne, że tak powiem.
Bardzo dobra seria, warto przeczytać całość. Zobaczymy jak to się skończy.

2. Blacksad #4 – Piekło, spokój
Dobry przykład jak można po trzech świetnych komiksach w serii zrobić jeszcze lepszy odcinek.
Doskonały klimat opowieści. Historia, która idealnie trafia w moje gusta. Nowy Orlean, jazz, zaginiony pianista, trochę szemranych interesów i mamy gotowe wyśmienite danie.

Graficznie – bez najmniejszych zastrzeżeń. Każda strona, każdy kadr robi dobrze oczom. Polecam niespieszną lekturę i spokojne podziwianie drugiego i trzeciego planu, które są naprawdę dopracowane i pełne smaczków.

Natomiast niezbyt mi się podoba okładka i chyba pani tłumaczka nie do końca trafnie przełożyła tytuł (jak dla mnie to powinno być „Piekło, cisza” – tak zresztą bardziej pasuje z treści), no ale nie zakłóca to ogólnego bardzo pozytywnego wrażenia.

Najfajniejsze w blacksadowej serii jest to, że jest to lektura bardzo uniwersalna, trafia zarówno do komiksowych wyjadaczy, jak i spokojnie może być „polecanką” dla osób, które rzadko obcują z tym gatunkiem sztuki. No i nie musisz zaczynać od #1 – historie są niezależne, więc równie dobrze #4 może być tym pierwszym. Ale wtedy i tak będziesz chciał kupić pozostałe trzy.
Dlaczego takie rzeczy wychodzą raz na trzy lata??? No i ważniejsze pytanie – kiedy kolejna część?

3. Superman/Doomsday: The Aftermath TPB

Tydzień temu narzekałem, że dawno nie czytałem dobrego Batmana czy Supermana.

Cóż, najwyraźniej trzeba było wrócić do tych dawnych czasów. Sięgając na półkę po dawno temu zakupionego, odłożonego i zapomnianego trejda nie spodziewałem się zbyt wielu pozytywów. Myślałem, że przerzucę kilka stron i dam sobie spokój. Ale wsiąkłem. Nieco ponad 400 stron Supermena z lat 90-tych połknięte na raz? Aż dziwne.

Na tomik składają się historie:  Superman/Doomsday: Hunter/Pray, Superman: Doomsday Wars i pojedyncze zeszyty: Doomsday Annual #1, Adventures of Superman #594 i Superman #175. Mogłoby się spokojnie obyć bez tych dwóch ostatnich, ale i tak jest zaskakująco dobrze.

Oczywiście jak na historie z lat 90-tych przystało mamy tu liczne narratorskie dłużyzny w ramkach, w których Superman bije się z myślami i opowiada o tym, jak koniecznie musi pokonać sam siebie, żeby móc pokonać Doomsdaya, ale cóż – taka konwencja. Jeśli przymknie się na to oko, to dostajemy całkiem sprawnie zrobione historyjki. Dowiadujemy się skąd wziął się szary brzydal, którego żadna siła nie może pokonać, jesteśmy świadkami jego ewolucji a na końcu spektakularnych, kolejnych śmierci (trochę spoiler, ale spodobał mi się motyw wysłania Doomsdaya na kraniec czasu). Nie jestem pewien, ale tych historii chyba nie było w TM-Semicowych zeszytach (nie pamiętam, bo akurat tuż przed pierwszym pojawieniem się Doomsdaya w PL zarzuciłem czytanie Supcia, teraz mam ochotę dokupić brakujące zeszyty – serio!). Całkiem zgrabna jest historia Doomsday Wars, w której Wielki "S" musi nie tylko kolejny raz stawić czoła Wielkiemu "D", ale równocześnie uratować życie przedwcześnie narodzonemu syneczkowi Lany Lang.
Rysunki? Weźcie dowolny TM-Semic i wszystko jasne. No poza dwiema ostatnimi historiami w wykonaniu Wieringo i McGuinnessa. Jakoś żaden z nich mi nie pasuje. Zdecydowanie wolę oldschoolową kreskę Jurgensa!.
Czułem się 15 lat młodszy. Chyba będę częściej wracał do superbohaterskich staroci!

Komiks tygodnia: Blacksad #4 – nie mogło być inaczej!

niedziela, października 24, 2010

#6 - Przegląd tygodnia 18-24.10.2010.

Dzisiaj zaczynam nową świecką tradycję – w każdą niedzielę będę dzielił się wrażeniami z lektury komiksów, które przeczytałem w danym tygodniu. W ten sposób powstanie kronika lektur, mały review bieżących rzeczy (i zaległości), a ja sam będę mógł sprawdzić czy mam czas na czytanie komiksów.
Czyli zaczynamy. W dniach 18-24.10.2010 r. zapoznałem się z:
1. Fantasy Komiks #6

Tydzień nie zaczął się najlepiej. Wszystkie historyjki zawarte w tym tomiku to szmira. Może „Legenda” ciut podnosi poziom, ale to i tak słabizna. Nie wiem dlaczego jeszcze kupuję ten magazyn i szczerze mówiąc – jeśli to ma być ratunek dla upadającego rynku komiksów w PL - sorry, we are all doomed!



2. W cztery oczy






















Na szczęście po bardzo niestrawnej lekturze miałem dziką przyjemność pochłonąć drugi po genialnym „Insekcie” komiks Saschy Hommera. I to jest lektura z najwyższej półki – dokładne przeciwieństwo słowa „szmira”. Świetna opowieść – trochę o pierwszej miłości, trochę o narkotykach, o dorastaniu. Niby wszystko już było w tych tematach powiedziane, ale okazuje się, że – nie. Hommer czuje poetykę komiksu doskonale, a jego opowieść po prostu płynie. Bardzo przyjemna lektura i jak dla mnie nawet lepsze niż „Insekt”.

3. Safari na plaży





Z rozpędu – druga pozycja z kultury gniewu (jeszcze raz najlepsze życzenia urodzinowe!!!). Mawila lubię i cenię od czasu „Bendu”. „Możemy zostać przyjaciółmi” było dobre, a „Safari na plaży” jest gdzieś między nimi. Fajna opowiastka z motywem wakacyjnej miłości. Widać, że Mawil to nieśmiały króliczek, który najwyraźniej zawsze miał problemy z dziewczynami, ale przynajmniej fajne cycki rysuje. Szybka lektura, ale bardzo przyjemna i nie tylko dzięki głównej postaci kobiecej. Czyli póki co kultura gniewu – reszta świata – 2:0.

4. Usagi Yojimbo: Yokai























Fanem królika – samuraja nigdy nie byłem i już chyba nie zostanę. Nie powiem – ładnie się to prezentuje w kolorze położonym akwarelami. Sakai niewątpliwie należy do grona mistrzów komiksu, umie doskonale operować kreską, ale sama historia do mnie nie przemawia – błaha, przewidywalna, jedna z tych, co to się je już sto razy widziało czy czytało. Ale rysunki mistrzowskie!

5. New Avengers vol. 2 #1-4


 



Przechodzimy do pozycji zza oceanu. Gdy w 2005 r. startowała pierwsza seria “New Avengers” – jej scenarzysta - Brian Michael Bendis zapowiadał, że ma zaplanowane 100 zeszytów. Seria dotarła do #64 i została wyzerowana. O ile pierwsze piętnaście zeszytów pierwszej serii stało na wysokim poziomie, to dalej już niestety równia pochyła w dół. Miałem nadzieję, że relaunch wyjdzie serii na dobre i oczywiście się przeliczyłem. Nowy skład jest lamerski. Po co znowu Spider w zespole? Po co The Thing??? No i oczywiście musi być Wolvie, który obsługuje wszystkie możliwe zespoły. Do tego Iron Fist, Luke Cage i Ms. Marvel (tych troje akurat lubię) + zupełnie niewidoczni Hawkeye i Mockinbird i wspierająca ich z niemowlakiem na ręku Jessica Jones. To mają być Avengers? Come on! 
Z czterech pierwszych zeszytów podobał mi się tylko #2, gdzie Bendis popisał się kilkoma zgrabnymi i nawet śmiesznymi dialogami. Ale ogólne wrażenie nie jest zbyt dobre. Taka sobie nawalanka z nowym wrogiem z innego wymiaru w obronie jakiegoś tam artefaktu, który przeniesiony do tego innego wymiaru zrobi bardzo brzydką krzywdę naszemu wymiarowi.
Heroic Age my ass.

6. Green Arrow #1-4






W tym przypadku to już się pogubiłem, który to jest relaunch Green Arrow, ale chyba vol. 4? Jakby co, to mnie poprawcie. No ale za to komiksiki są w pytkę! Co prawda nazwiska na okładkach nic mi nie mówią (J.T. Krul, Diogenes Neves, Vicente Cifuentes), ale same okładeczki kopią w tyłek!!! Zresztą chyba to widać? Szczególnie polecam okładki #1 i #3. Klikać na miniatury!
Oliver Queen po wydarzeniach z Blackest Night wraca do rodzinnego Star City. A tam w samym środku miasta w ciągu jednej nocy wyrosła magiczna puszcza, w której może on sobie żyć i strzelać z łuku… Wiem, brzmi głupio, ale głupie nie jest. Ollie nie ma już władzy nad swoją firmą, pojawia się nowa właścicielka (oczywiście czarny charakter, mający pewien istotny związek z naszym bohaterem) i zaczyna się walka z gatunku: „kto-kogo-dorwie-pierwszy”. Komiks jest dość brutalny jak na produkcje z głównej linii DC, ale przynajmniej coś się w nim dzieje. Będę śledził.

7. American Vampire #1






















Wampiry nieustannie w modzie. Tu na szczęście w wersji bardziej True Blood niż Twilight. Historia Ameryki pisana kłami wampirów i krwią ludzi. Dwie historie – pierwsza w realiach roku 1925 w rozwijającym się Hollywood, druga – Wild Wild West z 1880. No i Stephen King jako autor scenariusza tej drugiej. Też będę śledził, ale raczej nie w zeszytach.

8. Superman #700 i Batman #700

Dwa zeszyty, ale potraktuję zbiorczo. Takie tam okolicznościowe laurki z okazji okrągłego numeru zeszytu. Niestety poza okrągłą liczbą na okładce – zupełnie niewarte uwagi. Nie pamiętam kiedy ostatnio czytałem naprawdę dobrą historię z Gackiem w roli głównej. Bo Supcia to pamiętam – „For All Seasons” Loeb/Sale. Od tamtego czasu – bieda z krótką przerwą na All Star Superman (ale tylko pierwszy tpb). Czyli nie polecam jubileuszowych zeszytów. Ładnie narysowane, ale zupełnie bez treści.
Komiks tygodnia:

Sascha Hommer „W cztery oczy”, kultura gniewu –

kupować ludzie!


sobota, października 16, 2010

#5 - Szybki dymek

Dzisiaj szybka piłka w postaci błyskawicznego mini-kursu liternictwa w komiksie.
Za model posłuży nam egzemplarz komiksu Batman: Anarky TPB.
Bierzemy komiks – obowiązkowo w folii i z tekturką, o taki:


Następnie otwieramy komiks i w środku widzimy coś takiego:

To coś okazuje się być żywą, ruchomą i klejącą się erratą do komiksu!


Tak, tak – nie tylko polscy wydawcy popełniają błędy! Wielcy z DC również potrafią dać ciała drukując komiks np. bez jednego dymka. Pusty balonik. Ale zamiast płakać i wycofywać cały nakład drukują mały zrób-to-sam bonus.

 



Szast – prast i balonik już na miejscu!
HAPPY COLLECTING!

wtorek, października 12, 2010

#4 - Lennon & McCartney

W komiksach najbardziej lubię dualizm.

To niewiarygodne współgranie tekstu z obrazem. Napisać wciągający tekst, narysować rozwalające oczy plansze – to cholernie trudne zadanie samo w sobie. Musisz być pieprzonym artystą, żeby dać radę. Ale połączyć to do kupy, sprawić, że jedno z drugim współgra – no tu trzeba mieć ten boski pierwiastek. Musisz być pieprzonym artystą i geniuszem w dodatku!

Albo po prostu znać się na swojej robocie.

Lubię komiksy autorskie, cenię ludzi, którzy mają coś do powiedzenia w komiksie i jeszcze sami potrafią to przekazać. Ale niektóre rzeczy wychodzą jeszcze lepiej jak się za nie biorą dwie osobowości. Lennon & McCartney.
  
Ed Brubaker & Sean Phillips może nie są Lennonem i McCartneyem komiksu, ale wiedzą co znaczy dobra komiksowa robota. Najlepszy przykład? „Sleeper. Season One”.



Tytułowym „Śpiochem” jest Holden Carver – podwójny agent (tak – taki dualizm też lubię), który został wplątany w śmiertelną grę. Jego zwierzchnik – John Lynch najpierw sfingował rzekomą zdradę Carvera i przejście do wrogiego obozu a następnie wziął i zapadł w śpiączkę.

Nieźle.

Jedyna osoba, która wie, po czyjej naprawdę jesteś stronie śpi sobie (drugi „śpioch”?) i zaraz umrze, a ty bracie musisz siedzieć w jaskini lwa i piąć się powoli po szczeblach hierarchii by wreszcie zostać tegoż lwa prawą przednią łapą. Nie dość, że musisz uważać na tych złych, to i ci dobrzy wcale nie są po twojej stronie. O samym lwie za dużo nie wiemy. Ma na imię Tao i pociąga za sznurki na całym świecie. Wszędzie ma ludzi i na wszystko wpływ. Nieograniczone środki i nieograniczone możliwości.

Nasz bohater też nie jest obszczymurkiem. To maszynka do zabijania, ale na dodatek cholernie inteligentna i szybko myśląca. Tu nie ma czasu na rekonesans, planowanie. Akcja, likwidacja, ucieczka, mylenie tropów. No i oczywiście nieustanne rozpracowywanie „organizacji”. Oczywiście coś się musi spieprzyć, robi się gorąco i Tao nabiera podejrzeń. Ktoś podejmuje próbę „wycofania” Carvera. Czy to przyjaciel, czy pułapka? No i podstawowe pytanie kto tu jest tak naprawdę „tym dobrym”?

No dobra, muszę dodać, że śpioszek ma jeszcze jakąś tam super-moc, że nie czuje bólu a zadawany mu ból przerabia na jakieś gówniane porażenia na zasadzie sprzężenia zwrotnego czy coś takiego. OK.  i jeszcze healing factor.

W sumie supermoce są przydatne, ale nieinwazyjne w tym znaczeniu, że podczas lektury nie czuje się, że to jest komiks superbohaterski. Bo nie jest. To po prostu historia szpiegowska najwyższej klasy, sensacja z domieszką teorii spiskowych. Po prostu profesor miodek. Czytasz pierwsze pięć-dziesięć stron z nastawieniem „a zobaczymy czy dobre” i jest dobre, cholernie dobre. Wsiąkasz do ostatniej strony. A po lekturze od razu kupujesz drugiego trejda.

Brubaker umie pisać, bez wątpienia. A Phillips umie to narysować. Skubany, ma moc w łapie i robi niesamowite, bardzo dobrze przemyślane plansze.
Już samo rozplanowanie kadrów na stronie buduje właściwy klimat, a to co w ramkach po prostu dopełnia dzieła. Dualizm. Wszystko na miejscu, wszystko gra.

Ten komiks mógłby być lepszy tylko w jednym wypadku.

Gdyby go zrobili Bendis i Maleev.

Bo to oni są Lennonem i McCartneyem komiksu.

poniedziałek, października 11, 2010

#3 - Funky Forever



Funky Koval wrócił.
Super. Who cares?
Mam wrażenie, że nikt.

Serio, ikona polskiej popkultury – superbohater schyłku PRL i początku III RP, po latach oczekiwań tysięcy (?) fanów znów wkracza do akcji!
W Hollywood powstaje (?) blockbuster – współczesna odpowiedź na Star Wars z gwiazdorem Matthew Mcjakośtam w roli głównej, Mistrz Polch znów z ołówkiem w ręku!
A tu cisza…

Jestem zawiedziony.
Jak ginął Superman – w TVP powiedzieli, jak odstrzelili Kapitana Amerykę – Onet napisał.
A tu wraca z przedwczesnej emerytury nasz rodzimy heros i co?
Może się mylę, ale przed takim wydarzeniem to cały cybersferyczny hajp powinien być rozhajpowany na maksa.

Zajawki, teasery, trailery, gale, spotkania, wywiady, wystawy, czapeczki, chorągiewki, kubeczki i co-tam-dusza-zapragnie-i-wymyśli.

Nic takiego się nie stało.

No dobra, to może chociaż Nowa Fantastyka jakoś zaakcentuje wielki come back?

Były okolicznościowe artykuły, konkurs na opowiadanie, były zapowiedzi, że „już za dwa miesiące Funky wraca”, ale strasznie to nijakie i raczej tak z przymusu, że „coś być musi”, niż z przemyślanej strategii. Nawet redaktorowi naczelnemu nie chciało się wspomnieć o nowym komiksie z Kovalem. Smutny ten powrót.
Dobrze, że chociaż Tomasz Kołodziejczak popełnił okolicznościowy artykuł.

Muszę przyznać, że nijaka reklama doskonale wpisuje się w nijakość reklamowanego dzieła. Ale nie uprzedzajmy faktów.  

Nowa Fantastyka nr 10 (337) / 2010.
Na okładce potworny potworek reklamujący „Czaropis – pierwszy tom oryginalnego cyklu fantasy” (czyż one wszystkie nie są oryginalne?).
Do tego hasło „Drużyna – reportaż z planu”. Nie wiem co za Drużyna (pierścienia? Remake robią?).

Czy hasłem przewodnim tego numeru NF nie powinno być:

FUNKY KOVAL WRÓCIŁ!!!


Dlaczego rysunek Kovala ściskającego seksowną Brendę nie trafił na okładkę? Ktoś mi to może wyjaśnić?


Ale oto jest i nasz bohater – gdzieś tam w prawym górnym rogu wciśnięty, trudno go dostrzec przez szybkę kiosku. Gdyby to Superman wracał z emerytury okładka krzyczałaby „Big S is BACK!!!!” a wielkie logo czy rysunek hipnotyzowałby i zmuszały do kupna!

Mnie – kolesia, który Nowej Fantastyki nie czytał z 10 lat, ale jest zainteresowany powrotem Kovala, ma zachęcić jakiś szaroniebieski brzydal w habicie. WTF???
Jakbym nie wiedział z serwisów internetowych, że Funky wraca w październiku, to bym NF nawet nie szukał, nawet bym o niej nie myślał!

Nie ma siły, że przypadkowy czytelnik (stary, pięćdziesięcioletni fan FK) dostrzeże powrót bohatera sprzed lat.

No właśnie – wracamy do internetu i serwisów. Krótkie, suche info, że FK (nie mylić z Fantasy Komiks) wraca. Nic więcej.

Dopiero ja musiałem bloga założyć, żeby komukolwiek chciało się coś więcej w tym temacie napisać.

A przepraszam, Forum Gildii jeszcze żyje (pozdrawiam!), więc tam rozmowa rozgrzana do czerwoności. Pięć czy sześć osób dyskutuje (jednej się nowy FK nie podoba, jednej podoba bardzo, pozostali „umiarkowanie optymistyczni”).

Jaki bohater, taki powrót – parafrazując klasyka.

Problem w tym, że Funky to był kawał dobrego komiksu 20-25 lat temu i nawet jeśli nie był ikoną ówczesnej popkultury, to miał duże szanse być.
Niestety, niewiele z tego zostało.

Co mam do zarzucenia czterostronicowej historii „Strzały na Green Point”?
Właściwie wszystko.
Scenariuszowy chaos, szarpane zdania, dialogi niedobre, bardzo niedobre.

Rysunek?

Oglądając nowe plansze miałem wrażenie, że to nie Bogusław Polch trzymał ołówek, a jakiś nieznany z nazwiska imitator robiący na zlecenie. Musiało to być zlecenie bardzo pilne, na wczoraj. Gdyby te cztery plansze zostały opublikowane, powiedzmy – pół roku czy rok po „Wbrew sobie”, można by powiedzieć, że rysownik chwilowo obniżył loty. Ale teraz? Po tylu latach? Co to ma być? Siedem prostokątów jako baza kosmiczna? Przezroczysty prostokąt jako videofon? Koleś z odczepioną ręką, która leży sobie na jakimś pulpicie i sama obsługuje mapę? Gdzie są tła??? Gdzie drugi plan?? Jakiś szczegół oprócz prostokątów?

Na koniec jest i cliffhanger w postaci nadjeżdżającego pociągu. Da Dat Da Dat DADATT.


Chyba wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Po prostu ten "nowy" Funky to tak naprawdę nigdy nie publikowane historie, które powstały na długo PRZED "Bez oddechu", gdy jeszcze Autorzy "ćwiczyli warsztat". Teraz te plansze wyjęto z szuflady i proszę bardzo!
Innego racjonalnego wytłumaczenia nie widzę.

Żeby nie było tak pesymistycznie, to znalazły się w tym numerze NF dwa całkiem zgrabne rysuneczki.

Jeden Nikodema Cabały a drugi Rafała Szłapy.


Welcome back, Funky!
Obyś przeżył spotkanie z teraźniejszością...



Okładka pochodzi z magazynu Nowa Fantastyka nr 10 (337) / 2010, wyd.: Prószyński Media sp. z o.o.

niedziela, października 10, 2010

# 2 – Spawn fetyszysta

Na początek coś dużego. Dosłownie i w przenośni.

Spawn Origins Collection Deluxe Edition One.

Taaa, już sam tytuł jest monumentalny.

Todd McFarlane to jeden z bohaterów mojego dzieciństwa.
Jego wersja Spider-mana wyryła piętno na mojej psychice. Do dzisiaj uważam, że Mary Jane powinna zawsze wyglądać tak, jak widział ją Todd – super długie nogi + dwie tony jeszcze dłuższych rudych, czy raczej czerwoniastych włosów. Nadal działa na wyobraźnię.

O taką planszę na przykład znalazłem:


A tu dodatkowo kolor - klasyka gatunku:




Premiera Spawna była w Stanach niesamowitym wydarzeniem. McFarlane był wtedy chyba u szczytu swoich możliwości twórczych. Już wyrobiony, jeszcze nie zarobiony. Robił co chciał, to co lubił i dostawał za to kosmiczną ilość $$$$$$$$$$.

I chyba to widać w pierwszych numerach Spawna (nawet dwudziestu-kilku pierwszych).
Radość tworzenia, frajda z ciskania kozackich plansz.

Weźcie dowolną planszę z dowolnego Spawna z pierwszych 20 zeszytów i powiedzcie, że nie chcielibyście jej na ścianie w swoim geekowskim pokoju. Na przykład taką:




OK. Let’s get to the business.

Komiksik wygląda tak:

 


Wymiary: 32,3 cm x 21,6 cm x 4,8 cm
Stron: 620
Waga: nie wiem dokładnie, ale można tym zabić.
Cena okładkowa: $150, na amazonie ostatnio był po $97

Oczywiście hardcover, oczywiście slipcase, oczywiście cudowny w dotyku papier.
Miodzio dla komiksowego fetyszysty.

W środku mamy pierwsze 25 zeszytów regularnej serii, w tym (nie)słynny #9 ze scenariuszem Neila Gaimana. Jeśli się nie mylę to ten zeszyt nigdy wcześniej nie znalazł się w żadnym wydaniu zbiorczym (panowie autorzy się nie lubią odkąd pan scenarzysta wygrał pewną sądową sprawę przeciwko panu rysownikowi, a pan rysownik i tak panu scenarzyście nie zapłacił – takie tam drobnostki).

Dalej mamy galerię okładek (tylko ołówek i tusz – kolorowe były wcześniej, przy każdym kolejnym zeszycie) oraz galerię artów, pin-upów i innych rarytasów.

Warto się dłużej zatrzymać na rarytasach właśnie. Dla przykładu: jeden z pierwszych szkiców Spawna, zrobiony jeszcze na papierze firmowym Marvela (hej, dlaczego tutaj nie było sprawy sądowej?). Ciekawostką są próbne szkice czy niewykorzystane wersje przykładowych stron. Największe wrażenie robią oczywiście splash-pages. To właśnie na nich widać, że McFarlane jest bogiem ołówka (i tuszu). Mnóstwo szczegółów i ekspresja w każdej kresce.

Jedno muszę przyznać - scenariuszowo te historie nie wytrzymują próby czasu. Nie czytałem Spawna chyba z 7 lat i powrót do tych klimatów nie był niestety tak miły, jak sądziłem, że będzie. Strasznie naiwne i sztampowe te opowiastki. Chociaż z drugiej strony - czy Spawna czytało się kiedyś ze względu na pomysłowy scenariusz i świetne dialogi? I don't think so. 

Niemniej jednak jest to niewątpliwa uczta dla oczu. Plansze w tym rozmiarze i po świetnej obróbce kolorów wyglądają lepiej niż można to sobie wyobrazić. Warto mieć w swoich zbiorach taką perełkę.

Aha, byłbym zapomniał!

Ta edycja jest limitowana do 500 egzemplarzy.

Każdy z nich jest opatrzony autografem Todda.

Mój egzemplarz ma bardzo ładny numer: 44/500.





Tak, jestem fetyszystą.